MKTG NaM - pasek na kartach artykułów

Prof. Bartłomiej Biskup: W lokalnych wyborach dużą rolę odgrywają emocje

Anita Czupryn
Anita Czupryn
PAP/Grzegorz Michałowski
Wyniki wyborów samorządowych mają znaczenie dla przyszłych wyborów do Parlamentu Europejskiego, ponieważ mogą wpłynąć na mobilizację wyborców poszczególnych partii – mówi prof. Bartłomiej Biskup, politolog.

Przewidział Pan wynik wyborów w Warszawie. Nie ma sensacji, jeśli chodzi o wybór prezydenta?

Rafał Trzaskowski od początku był faworytem na pierwszą turę, choć widziałem ostatni sondaż przed wyborami, który wskazywał, że Magdalena Biejat cieszy się sporym poparciem.

W sondażach uplasowała się na drugim miejscu. Ale to Tobiasz Bocheński ostatecznie ją zwyciężył, osiągając 18,5 proc.

Oczywiście, można się było spodziewać, że w Warszawie kandydat PiS-u nie zostanie w najbliższym czasie prezydentem. Ale nie o to chodzi. Poparcie dla PiS w stolicy zawsze było około 30 procent, więc dobry kandydat z dobrą kampanią tyle właśnie powinien uzyskać. Bocheński do drugiej tury nie wszedł, ale uzyskał drugi wynik. Z kolei dla lewicy, wynik powyżej 10 procent również oznacza dosyć duży sukces, dlatego że lewica w ogóle jest bardzo słaba. Pewnie Warszawa to jedno z niewielu miast w Polsce, w którym kandydat lewicy ma w ogóle poparcie – nie mówię o drugiej turze czy wygraniu tych wyborów, ale o poparciu powyżej 10-15 procent – to już jest światełko nadziei dla lewicy, że coś może jeszcze powalczyć w dużych miastach o swój elektorat.

Właściwie to trudno powiedzieć, kto wygrał te wybory, bo różne partie będą sobie przypisywały zwycięstwo. PiS z najwyższym wynikiem w sejmikach, ale Platforma tuż za PiS-em. Będą więc tacy, którzy powiedzą, że wygrali w sejmiku, a inni – że mają większość w Radach Miast. PiS pewnie powie, że zwyciężył na wsi. Ale PSL też może to powiedzieć – bo mają swoich wójtów. Co to oznacza dla partyjnych preferencji?

Zawsze mówiłem, że wybory samorządowe mają tę wyjątkową cechę, że pozwalają wielu stronom ogłosić zwycięstwo. Jednak w kontekście strategicznego znaczenia dla partii politycznych, kluczowe są wyniki sejmików wojewódzkich. To tam toczy się główna walka, a wyniki wpłyną na układ sił w takich regionach jak Małopolska, Świętokrzyskie, Podlaskie czy Lubelskie.
Istotne jest, czy uda się utworzyć koalicje oraz jak zmieni się dotychczasowa dominacja sił politycznych. Wyniki te mają również znaczenie dla przyszłych wyborów do Parlamentu Europejskiego, ponieważ mogą wpłynąć na mobilizację wyborców poszczególnych partii. Oprócz aspektów politycznych i strategicznych, bardzo ważna jest również kwestia zarządzania środkami, głównie europejskimi, które są dystrybuowane przez sejmiki wojewódzkie, a których napływ jest spodziewany właśnie teraz. To, jest teraz bardzo istotne dla partii politycznych, kto będzie nimi dysponował i je dzielił – krótko mówiąc, kto będzie operatorem tych środków.

To była najnudniejsza kampania samorządowa w historii? Jakby Pan podsumował jej charakter i dynamikę?

Nie jestem przekonany, czy określenie jej mianem „najnudniejszej” byłoby adekwatne. Powiedziałbym raczej, że toczyła się w cieniu kampanii parlamentarnej. Charakteryzowała się też zdecydowanie skróconym harmonogramem, ponieważ koalicji rządzącej zależało na tym, by podtrzymać efekt wyborów parlamentarnych, wykorzystać pozytywny impet po zwycięstwie. Krótki czas trwania kampanii i skupienie uwagi opinii publicznej na wydarzeniach ogólnokrajowych, takich jak formowanie nowego rządu i jego pierwsze sto dni działalności, w naturalny sposób ograniczyło widoczność kampanii samorządowej, przez co ta sytuacja sprzyjała wrażeniu jej mniejszej atrakcyjności i nudy. Niemniej jednak, z perspektywy lokalnej, kampania ta z pewnością nie była nudna.

O lokalnej perspektywie za chwilę porozmawiamy, ale czy nie uważa Pan, że partie oszczędzały na tej kampanii? Czy wcześniejsze wydatki na kampanię parlamentarną, czy nadchodząca kampania wyborcza do Parlamentu Europejskiego mogły wpłynąć na tę skromną strategię finansową?

To dodatkowy czynnik, który zdecydowanie wpłynął na obserwowaną dynamikę kampanii. Subwencje dla partii politycznych są przyznawane raz w roku, a w obliczu drugiej już kampanii wyborczej w tym cyklu - z perspektywą trzeciej - budżety partii zostały znacząco ograniczone. Jak słyszałem bezpośrednio od kandydatów różnych ugrupowań, centrale wielu partii ustaliły mniejsze niż zwykle limity wydatków. Wynika to z faktu, że partie zwyczajnie się spłukały, wyczerpując środki w bitwie o wszystko. Kampania do Parlamentu Europejskiego również skupia uwagę, ze względu na jej kosztowność i konieczność prowadzenia działań na szeroką skalę w dużych okręgach wyborczych. Kampanię samorządową przesunięto więc na działaczy lokalnych i regionalnych, którzy nie dysponują tak dużymi budżetami, jakie są dostępne na poziomie krajowym. To z pewnością przyczyniło się do mniejszej widoczności kampanii w porównaniu z kampanią parlamentarną.

Jakie tematy dominowały? Mam wrażenie, że lokalne zagadnienia nie przebiły się do ogólnokrajowego dyskursu. Ani kwestia bezpieczeństwa kraju, ani imigrantów, czy aborcji; nie było sporów ideologicznych. Co mogło być tego przyczyną?

Myślę że jest nią właśnie charakter wyborów samorządowych. Owszem, na poziomie ogólnokrajowym partie i ich liderzy starali się przekazać pewne komunikaty, zwłaszcza w kontekście wyborów sejmikowych – przykładowo, z jednej strony były to hasła o konieczności odebrania władzy PiS-owi, a z drugiej: „Nie dajmy się odsunąć od władzy”. Jednak po intensywnej kampanii parlamentarnej społeczeństwo mogło odczuwać pewnego rodzaju zmęczenie i przesycenie polityką, co też mogło wpłynąć na recepcję tych wiadomości. Aczkolwiek, uważam, że w ostatnich dwóch tygodniach kampanii, tematyka bezpieczeństwa stała się bardziej widoczna. Szczególnie tematem tym grał rząd; widziałem wystąpienie premiera Tuska i było tak, jakbym widział premiera Morawieckiego kilka miesięcy wcześniej; było to odwołanie się do dokładnie tych samych motywów bezpieczeństwa zewnętrznego. Wiadomo, rządzący mają inną perspektywę, ale też są to tematy mające znaczenie nie tylko ogólnokrajowe, ale i lokalne, a ze względu, że działają na emocje, mogą być wykorzystywane do mobilizacji elektoratu, choć mimo starań polityków, nie były tak mocno dyskutowane. Charakter wyborów samorządowych z natury koncentruje się na kwestiach bliższych życiu codziennemu mieszkańców, co sprawia, że nawet jeśli liderzy na poziomie krajowym mogą podkreślać zagadnienia takie jak bezpieczeństwo, to kandydaci na poziomie lokalnym skupiają się na tematach bezpośrednio związanych z zarządzaniem miastem czy gminą. To właśnie ta specyfika sprawia, że mimo obecności wątków ogólnopolskich, nie zdominowały one dyskursu w kampanii samorządowej.

Miejscami te lokalne kampanie były bardzo zacięte, na przykład w Opolu nastąpiła rekordowa liczbę pozwów w trybie wyborczym. Jakie znaczenie mają te lokalne spory dla ogólnego obrazu wyborów i co tak naprawdę działo się lokalnie?

Kampanie samorządowe na różnych poziomach, od gmin po większe miasta, często przyjmują bardzo intensywny charakter. Lokalne wybory skupiają się przede wszystkim na ludziach i ich problemach; dużą rolę odgrywają tu emocje. Wyborcy wyrażają zarówno sympatię, jak i antypatię do kandydatów, co w niektórych przypadkach prowadzi do ostrzejszych konfrontacji. W tych wyborach ważne są nie tylko kwestie polityczne, ale także te bardziej osobiste lub obyczajowe, takie jak życie prywatne, czy kandydat na burmistrza czy wójta dobrze prowadzi, mówiąc oględnie, czy ma rodzinę, czy zdradza żonę czy męża, pojawiały się tematy związane z lokalnymi inwestycjami, kto co zrobił, czego nie zrobił, czy ktoś czegoś nie dopatrzył, czy popełnia jakieś przestępstwa, związane z budowami czy zaniechaniem jakichś inwestycji, czy pojawiały się zarzuty korupcyjne dotyczące lokalnych inwestycji. Był więc szeroki zakres tematów, od działań dotyczących rozwoju lokalnego po osobiste zachowania kandydatów. Właśnie te elementy często stają się przedmiotem kampanii negatywnej, prowadząc do wzrostu liczby pozwów w trybie wyborczym za pomówienia bez dostatecznych dowodów. Z moich obserwacji wynika, że te lokalne sprawy mają kluczowe znaczenie dla wyborców, zwłaszcza na niższych szczeblach samorządu. W większych miastach debata przybierała bardziej ogólny charakter, z większym naciskiem na przynależność partyjną kandydatów niż na ich dokonania lokalne. Mimo to, w mniejszych społecznościach, gdzie relacje międzyludzkie są bardziej bezpośrednie, lokalne kwestie i osiągnięcia kandydatów odgrywały większą rolę w procesie decyzyjnym wyborców.

W wielu miastach urzędujący burmistrzowie, startujący jako niezależni kandydaci, często nie mieli konkurencji. Ponieważ są liderami, czy po prostu brak opcji dla wyborców?

Na tę lokalną politykę wpływa statystyka, a statystyki prowadzone przez największego eksperta w tej dziedzinie, profesora Jarosława Flisa, wskazują, że urzędujący samorządowcy, zwani także inkumbentami, mają zdecydowanie największe szanse na reelekcję. Jest to zjawisko, które można interpretować dwutorowo. Z jednej strony, osoby te mają dostęp do większych zasobów i możliwości, z drugiej – wyborcy często preferują kontynuację ich rządów, o ile nie dopuścili się poważnych błędów. Jednocześnie, z każdymi kolejnymi wyborami obserwujemy zmniejszającą się liczbę kandydatów, co może być efektem ogólnie niskiego zaufania do polityki i polityków w Polsce. Polityka, szczególnie na poziomie lokalnym, jest często postrzegana jako dziedzina obarczona ryzykiem finansowym i osobistym hejtem, co odstrasza potencjalnych kandydatów. Wynagrodzenia, biorąc pod uwagę stopień odpowiedzialności, nie zawsze są adekwatne, a praca samorządowca nie cieszy się uznaniem, które mogłoby przyciągnąć więcej osób do angażowania się w działalność publiczną. Jest coraz mniej ludzi, którzy chcieliby się podjąć tych działań, bo nie dość, że można by w coś, kolokwialnie mówiąc, wdepnąć czy coś przeoczyć, nawet nieintencjonalnie, nie dopilnować jakiegoś przetargu czy zamówienia, to później się z tego rodzi gruba sprawa. Generalnie mamy coraz mniej kandydatów w wyborach, trudno ludzi przekonać, żeby częściej chcieli brać sprawy w swoje ręce. Dodatkowo, czas w którym nastąpi duża wymiana elit samorządowych, będzie za 5 lat. Wtedy już ci burmistrzowie, wójtowie i prezydenci, którzy pełnili tę funkcję, nie będą mogli już kandydować kolejny raz, to może otworzyć drogę dla nowych twarzy, szczególnie w miastach i gminach, gdzie aktualnie nie brakuje urzędujących samorządowców bez konkurencji. Już dziś obserwuję, że w takich przypadkach, gdzie nie startuje obecny burmistrz czy wójt, często pojawiają się nowe komitety wyborcze i nowi kandydaci widzący swoją szansę na zmianę. Kraków, w którym można było zaobserwować większą dynamikę polityczną i pojawianie się nowych kandydatów, może służyć jako przykład tego zjawiska.

No właśnie – Jacek Majchrowski wygrywał tam przez lata, a teraz nie startował. Co pana zaskoczyło w wynikach wyborów jeśli chodzi o Kraków?

Od początku przewidywałem że będzie druga tura, więc tu zaskoczenia nie ma. Przewidywałem że Łukasz Gibała wejdzie do drugiej tury, choć nie wiadomo było do końca, kto jeszcze, bo gra partyjna tu polegała na odpowiedzi na pytanie, czy wejdzie Aleksander Miszalski z Platformy, czy wejdzie Łukasz Kmita z PiS.

Zwyciężyła Platforma.

Teraz cała para zostanie włożona w drugą turę, żeby pokazać, że Platforma to partia mocna, silna, ogólnopolska, która może wygrać. Donald Tusk już w środę, przed wyborami dyskredytował Gibałę, co może świadczyć o tym, że ta druga tura, będzie ciężka w takim sensie, że będzie bardzo dużo działań ze strony central partyjnych, czy to Pis-u, czy Platformy. Partie będą swoim kandydatom bardzo pomagać i będzie im zależeć żeby pokazać swoją siłę właśnie w takim mieście jak Kraków.

Pana zdaniem kampania samorządowa przyczyniła się do dalszej polaryzacji społeczeństwa, czy przeciwnie, pokazała, że jest możliwość dialogu i współpracy między różnymi politycznymi grupami?

Niestety, w trakcie tej kampanii samorządowej dominowało zjawisko braku współpracy i dialogu, co potwierdza na przykład ów prztyczek w nos, który Platforma dała lewicy, nie tworząc razem wspólnych list wyborczych, mimo chęci ze strony lewicy. Zdarzały się pojedyncze gesty poparcia w niektórych miastach, jak Kraków, ale to zbyt mało, aby mówić o realnej współpracy. W dużych miastach kampania miała bardziej partyjny niż samorządowy charakter, co podkreśla, że głównie kandydaci dużych partii politycznych byli brani pod uwagę. Czy to zjawisko przyczyniło się do wzrostu polaryzacji społecznej - odpowiedź na to pytanie pokazują wyniki wyborów do sejmików. Ciekawą kwestią będzie, jak partie polityczne będą teraz instruować swoich radnych.

Czasami na poziomie lokalnym ludzie znają się i mają do siebie zaufanie, mogliby stworzyć wspólnie koalicje, ale centralne władze partii nie zawsze na to pozwalają, szczególnie w kontekście rywalizacji między głównymi partiami, jak Prawo i Sprawiedliwość oraz Platforma Obywatelska. W wielu przypadkach lokalni politycy, którzy współpracowali w przeszłości, są skłonni do tworzenia koalicji, ale są hamowani przez dyrektywy z centrali, nawet jeśli stoi to w sprzeczności z interesem mieszkańców. W najbliższej przyszłości okaże się, jak duża polityka wpłynie na te lokalne ustalenia i możliwości współpracy.

od 7 lat
Wideo

Zakaz krzyży w warszawskim urzędzie. Trzaskowski wydał rozporządzenie

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Prof. Bartłomiej Biskup: W lokalnych wyborach dużą rolę odgrywają emocje - Portal i.pl

Wróć na ostrow.naszemiasto.pl Nasze Miasto